Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Czytaj więcej...
 

 

roziaKs. Kazimierz Dobrzycki, który był ostatnim spowiednikiem Rozalii, stał się jej wielkim przyjacielem. Dla sprawy swej penitentki poświęcił znaczną część swego kapłańskiego życia. To on zebrał po jej śmierci wszelkie pisma Rozalii, świadectwa, dokumenty i ślady jej życia. Sam przepisał je wszystkie na maszynie i pogrupował w zeszyty, sam wreszcie rozpoczął tłumaczenie pism Rozalii na język angielski, włoski i francuski. Był przekonany o świętości Rozalii i o wadze jej misji.

Wiemy, że aby się z kimś zaprzyjaźnić, trzeba tę osobę dobrze poznać. Rozalia zostawiła nam tę możliwość, pisząc, posłuszna poleceniu ks. Dobrzyckiego, pamiętnik swego życia, autobiografię. Autobiografia ta, uzupełniona o listy, wyznania i inne pisma Rozalii, wzbogacona o świadectwa nt. jej życia, w końcu skomentowana w 3. osobie przez ks. Dobrzyckiego, stanowi najpełniejszy dziennik jej życia.

Poniżej, w oparciu o tę właśnie biografię, zachowaną w archiwum Biura Postulacji, przedstawimy postać Rozalii, abyście mogli lepiej poznać i zaprzyjaźnić się z tą, która szczególną opieką otacza całe Stowarzyszenie i każdego jego członka.

* * *

„Było to jesienią roku 1945 na dworcu kolejowym w Krakowie.

- Dokądże Ojciec jedzie? – pyta inżynier N.N., stały mieszkaniec Krakowa, swego przyjaciela, księdza.

- Do Jachówki.

- Do Jachówki? Gdzie to jest?

- Dojeżdża się do stacji kolejowej «Maków Podhalański», a stamtąd na północ jeszcze 5 km. do wsi Jachówka.

- Jakiż cel tej podróży, jeśli wolno wiedzieć?

- I owszem, można wiedzieć… Według wszelkiego prawdopodobieństwa wieś ta kiedyś zasłynie jako miejsce urodzenia naszej przyszłej świętej…

- Naprawdę? Któż to taki? Może jakaś zakonnica?

- Nie, była to osoba w świecie żyjąca i drogi Pan Inżynier ją znał…

- Nie może być?!

- Tak jest Panie Inżynierze, jest nią zmarła przed rokiem śp. Rozalia Celakówna.

- No tak! Przecież wspólnie rozmawialiśmy z nią i odwiedziłem ją przy ul. Mikołajskiej, gdy Ojciec był w obozie.

- Wprawdzie bardzo pragnęła być karmelitanką, lecz wyraźna wola Boża okazała się inna. Miała być i faktycznie była aż do śmierci pielęgniarką w Szpitalu św. Łazarza w Krakowie, i to jeszcze na oddziale dermatologicznym, jak sam Pan Inżynier wie. Miała wynagradzać Najświętszemu Sercu Zbawiciela za liczne akty Jego okrutnego biczowania za naszych czasów… oraz posłużyć Jezusowi za narzędzie dla przeprowadzenia Jego szczególnych boskich zamiarów względem wszystkich dusz poszczególnych na świecie, a także względem naszej Ojczyzny i wszystkich narodów.

- Słyszę cos niezwykłego! Obyż to, Ojcze, stało się rzeczywistością! Jakże bylibyśmy wdzięczni Bogu! Jakże odetchnąłby nasz Naród! No, szczęśliwej podróży! Przy sposobności będę rad jeszcze dowiedzieć się czegoś o tej Rozalii.

- Na pewno drogi Pan Inżynier się dowie. Laudetur Jezus Chrystus!

- In saecula saeculorum. Amen.

 

(...)

 

W domu Państwa Celaków.

Wyszedłszy z kościoła i stanąwszy na szosie, ksiądz nawrócił na prawo; po około stu metrach zawrócił na lewo, przeszedł przez mostek nad strumieniem Jachówki i był już u celu podróży. Przed nim był stary ganek; potem z sieni na lewo (to stary dom drewniany) najpierw kuchnia, a dalej pokój o dwóch oknach; na prawo z sieni stał domurowany wtedy nowy dom, gdy rodzina stawała się liczniejsza.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – odzywa się odwiedzający ksiądz.

- Na wieki wieków. Amen. – odpowiadają Państwo Celakowie, Tomasz i Joanna, oraz wzajemnie się przedstawiają.

Pan Tomasz, ojciec Rozalii, jest synem Jana i Anny z domu Dudziaków, z zawodu rolnik, ma lat 72, jest średniego wzrostu. Widać, że jest zapracowany, lecz spokojny, pogodny i o dobrodusznym wyrazie twarzy. Pani Joanna, młodsza o trzy lata od męża, mamusia Rozalii, pochodzi z rodziny Kachniców, również rolników. Zawarli oni związek małżeński dnia 19 lutego 1900 roku.

- A z drogą Panią zapoznałem się przed trzema laty w Krakowie.

- Tak. A oto nasza córka Anna i Anastazja oraz syn Józef.

- A z Panią Anastazją również się znam – powiedział ksiądz – spotykaliśmy się przy ul. Mikołajskiej 20 w Krakowie i pamiętam, że umie pięknie haftować i szyć.

- Troje też dzieci poza domem – mówi Pani Celkowa – Staszek: lotnik w Anglii; Marysia pracuje w Krakowie w Szpitalu św. Łazarza; a Władek uczy się u księży Salwatorianów. Razem miałam ich ośmioro, lecz Franciszek pięcioletni zmarł, no i teraz, jak Księdzu wiadomo, przed rokiem odeszła od nas do wieczności Rozalia…

- Żal, że Rozalii już tu nie ujrzymy – rzekł ze smutkiem ksiądz – Tak rychło opuściła ziemię, mając zaledwie 43 lata… Lecz dziś mogę powiedzieć Wam, że była to dusz wcale niezwykła… i zarazem winszuję Wam, Drodzy Państwo, że Bóg Najdobrotliwszy obdarzył Was takim dzieckiem.

Rodzicom i Anastazji zakręciły się w oczach łzy.

- Ale przepraszamy Księdza, jak Go mamy tytułować?

- Ach, to drobiazg, zupełnie wystarczy mi ten jeden tytuł « ksiądz», jest mi on najdroższy. Już od paru lat pragnąłem odwiedzić Drogich Państwa i dowiedzieć się różnych szczegółów z życia Rozalii, lecz okoliczności na to nie pozwoliły. Cieszę się, iż dziś wreszcie stanąłem w jej rodzinnym domu.

Z rozmowy w tym domu, z wyznań Rozalii, jak również z zeznań świadków wynika, że Państwo Celakowie byli małżeństwem w zupełności dobranym. W ich współżyciu zawsze była zgoda, harmonia i spokój; wzajemnie dobrze się rozumieli oraz w wychowywaniu dzieci byli jednomyślni. Nade wszystko zaś byli to ludzie nie tylko wierzący i praktykujący, lecz naprawdę myślący i żyjący według wskazań naszej świętej wiary.

- Jak daleko tu do kościoła parafialnego?

- Od nas 5 km.

- Czy ze względu na odległość rodzina Drogich Państwa w każdą niedzielę i święto udawała się do kościoła?

- O tak! – odrzekł Pan Tomasz – Wszyscy bardzo chętnie chodziliśmy na mszę, odległość niewielka. Chyba, że ktoś nie domagał… Ja czasem chodzę do kościoła nawet w dzień powszedni, a moja żona też.

- Zresztą co byśmy byli za chrześcijanie – rzekła Pani Celkowa – jeśli byśmy lekceważyli trzecie przykazanie boskie i co byśmy byli za rodzice, jeśli byśmy nie dawali dobrego przykładu dzieciom naszym w tak bardzo ważnym obowiązku.

(…)

- A teraz interesuje mnie jeszcze następujące pytanie: czy w rodzinie Drogich Państwa był i jest rozwijany kult Najświętszego Serca Jezusa?

- Owszem – odpowiada Pani Celkowa – We wszystkie moje dzieci starałam się wszczepić nabożeństwo do Serca Jezusowego, bo je sama żywię. Dobrze pamiętam, że Rozalię do niego też bardzo zachęcałam.

- Niech będzie za to wielbione Najświętsze Serce Jezusowe, że w domu Drogich Państwa znalazło dla siebie należne zrozumienie. A jak było i jest z nabożeństwem do Niepokalanej Bogurodzicy? Czy wszyscy są np. wpisani do Różańca św.?

- Wszyscy w naszej rodzinie mamy wielkie nabożeństwo do Matki Najświętszej – odezwał się pan Tomasz – i wszyscy jesteśmy wpisani do Różańca św. Wszyscy też staramy się odmówić go codziennie, w październiku zaś odmawiamy wspólnie i uroczyście.

- Jak to dobrze! – odezwał się ksiądz – Oby przynajmniej dziś, kiedy wiemy jak Najświętsza Maria Panna w Fatimie zachęca wszystkich do rodzinnego odmawiania różańca, praktykę tę przyjęły wszystkie rodziny katolickie na świecie!

Kiedy w roku 1942 Pani Celkowa odwiedziła tego księdza w Krakowie, poważnie uderzył go pewien kontrast u tej niewiasty ze wsi, mianowicie: na zewnątrz niczym się nie wyróżniała od innych naszych poczciwych matek wiejskich, natomiast im dalej rozwijała się rozmowa, tym więcej uwidaczniała się jej wcale niezwykła mądrość. Miał wrażenie, że rozmawia z poważną matroną polską z czasów sienkiewiczowskich, gdzieś w jej obszerniejszej posiadłości, pełną prawdziwej miłości Boga i Ojczyzny. Teraz skojarzywszy sobie te mądrość z biblioteczką domową, o której już wcześniej wiedział zaś od Rozalii, zapytał:

- A gdzie się znajduje biblioteczka Drogich Państwa?

- A to w drugiej połowie domu. Prosimy, jeżeli ksiądz sobie życzy…

Idziemy. Minąwszy sień, przechodzimy przez pierwszy pokój i wchodzimy do drugiego.

- Oto Katechizm – mówi Pani Celkowa – którego dzieci nasze musiały uczyć się na pamięć… A tu Ewangelia święta…, Żywot Pana Jezusa, Stary Testament…, Żywoty Świętych zbiorowe…, Żywot św. Stanisława Kostki…, św. Alojzego Gonzagi…, św. Kazimierza Królewicza…, św. Małgorzaty Marii Alacoque…, św. Franciszka Salezego, św. Marii Magdaleny de Pazis…, św. Andrzeja Boboli…, św. Jana Bosko…, św. Teresy od Dzieciątka Jezus…, siostry Benigny Konsolaty Farrero i inne.

A tu O. Schriversa: «Oddanie się Bogu», «Boski Przyjaciel», «Dobra wola». Następnie innych autorów: «Prawdy wieczne», «Jak sobie zapewnić zbawienie»…, «Droga uświątobliwienia»…, «Filotea»…, «O umiłowaniu Pana Jezusa w życiu codziennym» i inne.

- To pokaźna biblioteka – mówi ksiądz z uznaniem.

- Był u nas zwyczaj – mówi Pan Tomasz – który i teraz nie zupełnie wygasł, że po kolacji odbywamy wspólne czytanie książek religijnych. Jest to konieczne, by lepiej poznać naszą wiarę świętą, a po wtóre tyle tam ciekawych rzeczy, zwłaszcza w żywotach świętych, tyle przykładów budujących…

- Gdyby ludzie wiedzieli - dodała Pani Celkowa – ile pożytku, ile światła nadprzyrodzonego i radości wewnętrznej kryje się w tym czytaniu, to by o wiele więcej je cenili, niż czytanie gazet lub książek świeckich.

- Bardzo słusznie mówi Droga Pani, to wielka prawda! Gdyby ludzie tego doświadczyli, bezwzględnie więcej by taką lekturę docenili, niż świecką. I wtedy byliby oni o wiele światlejsi w kwestiach religii. Tymczasem nawet wśród inteligencji bywają nierzadko wypadki wprost nie do uwierzenia… Oto ktoś, skądinąd wykształcony, gdy np. w towarzystwie zabiera głos w sprawach religii, od razu się zdradza ze swego co do nich nieuctwa. Każdy człowiek prawdziwie inteligentny powinien być dobrze obeznany w sprawach religii katolickiej. Lecz macie i świeckie książki.

- Owszem. Oto dzieła Sienkiewicza, Kraszewskiego i inne.

- Pamiętam – mówi ksiądz – jak mi Rozalia zeznawała, że gdy czytała trylogię Sienkiewicza, zachwycała się męstwem i bohaterstwem naszych polskich rycerzy oraz doznawała pragnienia, by w czymkolwiek przysłużyć się Kościołowi i Ojczyźnie. Mówiła też, iż w młodszych jeszcze latach chętnie czytała powieści awanturnicze, np. «Robinsona Kruzoe», jednak stwierdziła, że to czytanie albo mało, albo wcale nie przynosiło pożytku jej duszy, dlatego go potem zaniechała.

- Ale moja droga – odezwał się Pan Celak do swojej żony – trzeba naszego gościa poczęstować.

- Ach, prawda, ja już o tym myślałam, ale rozmowa tak wciąż pociągała. (…)

Poczęstunek odbył się wśród dalszej rozmowy. Podziękowawszy Bogu za posiłek, wszyscy udali się znów do pierwszej, drewnianej części domu.”

* * *

W tym miejscu przejmiemy narrację od ks. Kazimierza Dobrzyckiego. Skrócona relacja ze spotkania ks. Kazimierza z rodzicami Rozalii miała na celu wprowadzić nas w tamten czas i ukazać kolebkę, w której wychowała się Służebnica Boża.

W tej właśnie rodzinie, w drewnianym domu w Jachówce, dnia 19 września 1901 roku, a więc w 1,5 roku po zaślubinach Joanny i Tomasza, przyszła na świat Rózia, pierwsze, upragnione dziecko Cielaków.

Z zeznań Rozalii, jak i z samych spotkań z ks. Dobrzyckiego z Celakami wynika, że prowadzili oni życie w sposób niezwykły oddane Panu Bogu. Ich myślenie i działanie, ich trudne życie codzienne przesiąknięte było duchem miłości – miłości Boga, miłości Kościoła, miłości Polski. Głównym staraniem matki było wpoić dzieciom miłość do Pana Jezusa i Matki Najświętszej, głównym pragnieniem ojca było ustrzec dzieci od każdego grzechu. Rozalia zapytana o pierwsze pouczenia, jakie dawali jej rodzice odpowiada:

„Owszem, pamiętam. Pierwszą nauczycielką, która mię uczyła kochać Pana Jezusa, była moja Droga Matka. Ona mię pouczała, co Pan Jezus dla na uczynił, za co mamy Go kochać, jaką muszę być, żeby się Jemu itd. Gdy mi mówiła o obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, zachwycałam się tym, że będę kiedyś, jak dojdę do lat właściwych przyjmować Jezusa w Komunii świętej i już wtedy cieszyłam się po dziecięcemu z tego szczęścia (…). «Przede wszystkim – pouczała mnie – nigdy nic takiego nie czyń, czym byś sprawiła Mu przykrość; następnie, gdy ci inne dzieci zrobią przykrość, nie gniewaj się na nie, nie wymawiaj im tego, tylko cicho ofiaruj Panu Jezusowi, aby się Jemu podobać. Nigdy niczego nie czyń dla przypodobania się ludziom, tylko jedynie dla przypodobania się Panu Jezusowi. Jeżeli się bawisz, to baw się tak, jak Pan Jezus i to tez Jemu ofiaruj. Gdyby inne dzieci chciały coś złego zrobić, powiedz im, że się to Panu Jezusowi nie podoba, że On się gniewa na takie dzieci, które źle robią, albo źle mówią, a jeżeli cię nie posłuchają, to odejdź natychmiast od nich»".

Wbrew opinii rodziców, którzy ze skromności twierdzili, że ich córka niczym się nie wyróżnia spośród swych rówieśników, Rozalia wyróżniała się, zarówno w parafii, jak i w szkole.

„Starałam się tak zachować w kościele, by się nawet nie poruszyć, żeby nie sprawić przykrości Panu Jezusowi. Nigdy się nie oglądałam, ani do nikogo nic nie mówiłam. Bardzo mię bolało, gdy inne dzieci źle się w kościele zachowywały. Jeszcze mi Rodzice w domu mówili, że z Panem Jezusem można rozmawiać prosto szczerze tak, jak w domu z Mamą lub Tatusiem albo z kimkolwiek, że Pan Jezus bardzo się cieszy, gdy w ten sposób z Nim rozmawiamy. Wiedząc o tym ogromnie się z tego cieszyłam, że i ja mogę bez obawy i lęku pozostawać z Panem Jezusem.” Żarliwa modlitwa małej dziewczynki przyciągała uwagę wielu parafian. W szkole nauczyciele i księża katecheci bardzo Rozalię lubili, stawili ją często za wzór innym dzieciom. Jak wykazuje zachowane świadectwo o ukończeniu 6-oddziałowej Szkoły Powszechnej w Dachówce, Rozalia wszystkie stopnie w obu półroczach miała bardzo dobre, wyjąwszy dobry stopień za śpiew i I półroczu. Sama tak pisze: „Codziennie mię zapytywali Rodzice o zachowanie się w szkole; i Ojciec mię wypytywał i Mama także pytała. I choć wszyscy nauczyciele mówili zawsze rodzicom, że ja jestem bardzo grzeczną i najlepszą uczennica z całej szkoły, jednak, abym się nie stała pyszną, pytali mię codziennie i czynili mi jeszcze różne uwagi.”

Może w szóstym roku życia Rozalia usłyszała pierwszy wewnętrzny głos Pana Jezusa. Z upływem czasu głos ten, „słodki i tajemny”, stawał się częstszy i bardziej stanowczy. Pan Jezus po wielokroć wzywał Rozalię do całkowitego oddania się Jemu, do porzucenia złudnego szczęścia świata na rzecz szczęścia prawdziwego, które przyniósł On oraz zapewniał, że jej nigdy ni opuści.

Rozalia odpowiadała na ten głos całą miłością swego dziecięcego serca. Pragnęła kochać Pana Jezusa tak mocno, jak tylko stworzenie może ukochać swego Stwórcę. Wielką radość u aniołów Bożych musiała sprawiać ta szczera i gorąca miłość dziecka do Jezusa. Rozalia dla tej miłości bała się i wystrzegała najmniejszego nawet grzechu, bolejąc bardzo z każdego swego upadku: „Raz nie powiedziałam Mamie, co mię ks. Katecheta pytał z religii i co miałam zadane na następną lekcję. Co prawda wieczorem przeprosiłam Mamę, dopóki jednak nie przeprosiłam, czułam w duszy ogromny niepokój, a gdy przeprosiłam Mamę i Ojca, wtedy się uspokoiłam. Po przeproszeniu Rodziców kazała mi Mama przeprosić bardzo Pana Jezusa i Najświętszą Maryję Pannę, by mi przebaczyli. Przyrzekłam Panu Jezusowi gorąco, że już nigdy tego nie będzie. Więc przy pomocy Pana Jezusa nigdy tego więcej nie uczyniłam.”

Wiele problemów, jak sama wyznaje, sprawił jej porywczy temperament. „Wolę nie łatwo poddawałam pod wolę rodziców, przez co trudna była praca nad wyrobieniem charakteru. Wyznaję, że poddać wolę pod posłuszeństwo często było dla mnie jakby jaką torturą. Ty była najcięższa praca… Z jednej strony Pan Jezus pociągał mię łaską swą do Siebie. Z drugiej strony moja zła natura.” Rozalia była żywa, ambitna i szybko wpadała w złość.

Wykazując jednak heroiczną miłość do Pana Jezusa i Matki Najświętszej, składając wiele ofiar przezwyciężania i rezygnacji z siebie, o czym szczegółowo musiała opowiedzieć spowiednikowi, Rozalia stopniowo wyrobiła w sobie cnotę cichości i łagodności. Dojrzewała duchowo. Pragnąc cała należeć do Pana Jezusa, złożyła w kościele w Bieńkówce przed Najświętszym Sakramentem ślub czystości. W tym czasie przeżywała bardzo głębokie doświadczenia duchowe. Jezus w Eucharystii i Maryja powoli stawali się jej całym światem.

W dziewiętnastym roku życia Rozalia wchodzi w tak zwaną noc duchową, która będzie trwała sześć długich lat. „Cierpienia tej nocy – jak sama stwierdza – były tysiąc razy gorsze od samej śmierci”. Skrupuły, ciemności, pokusy przeciw wszystkim cnotom, odrzucenie od Boga, rodzaj konania, choroby fizyczne, napaści szatana – tak w wielkim skrócie można określić duchowe doświadczenie tego okresu. Rozalia była przekonana, że ani jeden szatan nie jest tak podły i zły jak ona, że wszelkie nieszczęścia spadające na ludzkość są karą za jej grzechy. Prosiła o śmierć, by nie krzywdzić Boga. Po latach za to doświadczenie będzie Bogu niezwykle wdzięczna. Rozalia zrozumie, że te właśnie cierpienia uzbroiły jej duszę w niezwykłą moc i prawdziwe cnoty na życie wieczne.

W 1924 roku Rozalia na stałe przenosi się do Krakowa, a wewnętrznie pouczona, zatrudnia się w szpitalu św. Łazarza na oddziale skórno-wenerycznym. – „Moje dziecko! W tym szpitalu jest miejsce dla ciebie, z Mojej woli ci przeznaczone…”

Usługując chorym na ciele, a jeszcze bardziej chorym na duszy, ta niewinna dziewczyna z przerażeniem odkrywa istniejący świat zła. Ohydne przekleństwa, szyderstwa z Boga, nienawiść sącząca się z ust i czynów jej pacjentek sprawiały jej ogromne cierpienie. Pragnąc mimo to uczynić dla Jezusa wszystko, pielęgnowała szczególnie tych chorych, do których inne pielęgniarki brzydziły się nawet podejść, przeważnie z powodu obrzydliwego zapachu gangreny czy syfilisu. Zdawało jej się, że musi zemdleć, całymi dniami nic nie jadła, gdyż wszędzie czuła odór cuchnących ran. Nocami nie mogła spać. O ile na początku chciała stamtąd uciec, to zrozumiawszy swoje tu zadanie, jak tylko mogła, dziękowała Panu Jezusowi „za tę – jak napisała – tak piękną pracę przy chorych” i za tę „wielką łaskę”. Podejmowała się najmniej przyjemnych i najtrudniejszych zadań, brała jak najczęściej nocne dyżury, czy dyżury za innych. Wszystko, aby wynagrodzić nieustannie przez ludzi krzyżowanemu Zbawicielowi, swemu umiłowanemu Jezusowi.

Tak płynęły lata wypełnione służbą, miłością i ofiarą. Duchowa przyjaźń Rozalii z Jezusem przemieniła się w nieustanny akt Jego adoracji. Znalazła upodobanie w oczach Tego, który ją stworzył i ukształtował. Nadszedł wyznaczony czas i, począwszy od 1930 roku, Bóg zaczął za pośrednictwem Rozalii kierować do Polski i do świata swe wielkie orędzie: Jeżeli Polska chce ocalić siebie, musi dokonać uroczystego Aktu Intronizacji, czyli ogłosić publicznie i odpowiedzialnie Jezusa Królem Polski. W imieniu narodu mają tego aktu dokonać władze państwowe i kościelne. W następstwie za przykładem Polski mają pójść inne narody, jeśli chcą ocaleć od nadchodzącej na świat zagłady.

Ze znaczeniem tego orędzia w kontekście całych dziejów stwórczych i zbawczych Boga zapoznałeś/aś się czytając książkę, ks. Tadeusza Kiersztyna „Ostatnia walka”. W ostatnim jej rozdziale Autor, opisując życie Rozalii, przytacza cały szereg naglących wezwań Jezusa do dokonania narodowej intronizacji. Wyjaśnia też, na przykładzie II wojny światowej (kary zapowiedzianej przez Jezusa), konsekwencje ich zlekceważenia.

Bóg dał narzędzie ratunku, wskazał na intronizację i uzależnił od niej ocalenie jednostek i narodów. Rozalia w pełni zdawała sobie sprawę, jak trudną misję powierzył jej Pan Jezus i jak mała jest szansa na jej zrealizowanie. Mimo to, wypełnienie żądania Pana Jezusa stało się treścią jej życia. Odtąd nie było już innej sprawy, która tak mocno absorbowałaby jej myśli, słowa i działania.

Na koniec znów oddajmy głos ks. Dobrzyckiemu i spisanej przez niego relacji:

* * *

- Dziecko, co mniemasz należy czynić z naszej strony, by urzeczywistnić Intronizację w Polsce i wszędzie?

- Ojcze, taki pewnego dnia w mej duszy usłyszałam głos: „Im rzecz jest większej wagi, im ona więcej chwały Mnie przyniesie, tym większym musu być okupiona cierpieniem… Cokolwiek cię spotka, ofiaruj to, dziecko, dla wielkiego Dzieła Intronizacji w Polsce”. Sprawa Intronizacji – pragnę wszystko wycierpieć dla tej sprawy, cokolwiek spodoba się Panu Jezusowi zesłać na mnie i umrzeć również w największym opuszczeniu, tak, jak nasz Jezus na krzyżu (…).

Wszystko dla ciebie, mój Jezu! – powtarzałam to zawsze Panu Jezusowi – aby się Tobie przypodobać, aby uprosić przyjście Twego Królestwa na ziemię, to była moja intencja. Podczas modlitwy, Ojcze, czy też w pracy Jezus poucza moją duszę najnędzniejszą: „Żeby Dzieło Intronizacji było rychło przeprowadzone, potrzeba ofiary! Chwalebne zmartwychwstanie Jezusa nastąpiło po strasznych cierpieniach, tak też i przyjście Królestwa Chrystusa do Polski w pierwszym rzędzie, a potem do innych narodów musi być okupione wyjątkowymi cierpieniami, tak ze strony Ojca, jak i mojej i innych dusz, którym sprawa Jezusowa jest bardzo droga (…).

„Ofiarujcie z Ojcem razem swoje cierpienia w celu Intronizacji. Im więcej będziecie zdeptani, wzgardzeni, poniżeni, tym prędzej nastąpi ta chwila tak bardzo upragniona przez was. Intronizacja! Każde dzieło Boże i każda sprawa muszą być okupione cierpieniem, a im więcej ma ona przysporzyć chwały Panu Bogu, na tym większe będzie napotykać trudności.”

(…)

- Dziecko, powiedz mi szczerze, czy mi wszystko mówisz, co przeżywasz wewnętrznie?

- Ojcze, przepraszam Pana Jezusa i Ciebie… Miałam Ci, Ojcze, oznajmić jeszcze następujące: Pan Jezus chce być naszym Królem, Panem i zarazem Ojcem bardzo kochającym. Tyle razy prosimy o przyjście Królestwa Chrystusowego do dusz, a przez to na cały świat. Ta sprawa była i jest dla mnie ogromnie droga. Od 15 lat bardzo o to proszę Pana Jezusa, by rozszerzył na świecie słodkie panowanie swojej miłości. Spełniają w szpitalu swe obowiązki, nieraz przykre, w tej intencji, wierzyłam w to mocno i niezachwianie, że On, Jezus, wysłucha mię.

Pan Jezus w szczególny sposób chce być naszym Królem, tego On sobie życzy. Polska musi w sposób wyjątkowy, uroczyście, ogłosić Pana Jezusa swym Królem przez Intronizację i wtedy Jezus będzie jej błogosławił i bronił od nieprzyjaciół (…). Ojcze, coś dziwnego dzieje się w mej duszy… czuję przeogromne pragnienie, by wszystko uczynić i przecierpieć, by Jezus mógł swobodnie panować w naszej ukochanej Ojczyźnie, a przez Polskę, by zawładnął całym światem. Śmiem to twierdzić stanowczo, że Polska będzie silną potęgą, najsilniejszą nie tylko w Europie, ale na całym świecie, jeżeli usłucha wezwania Pana Jezusa; a jeżeli nie, to zginie… to nie są moje myśli i słowa.

Teraz albo nigdy… grozi nam straszne niebezpieczeństwo… (…). Ja to Ojcu mówię z całym przekonaniem, żeby w tej sprawie nie zwlekać, ale czynić wszystko dla jej przyspieszenia.

- Dziecko, powiedz mi, na czym opierasz twierdzenie, że Polska musi w sposób wyjątkowy, uroczyście, ogłosić Pana Jezusa swym Królem przez Intronizację?

- Ojcze, co do danych, że Intronizacja ma być przeprowadzona uroczyście, to mogę powiedzieć, że tak widziałam i takie otrzymałam zrozumienie, że tak ma być… Trzeba oddać zewnętrzną cześć Panu Jezusowi, która wiele dusz przez to zwróci do Niego. Czyżby Polska miała się wstydzić Pana Jezusa?... Przenigdy!!!

- A gdybyś faktycznie była kapłanem, Dziecko, co byś głosiła w tej sprawie?

- Co bym ja mówiła, gdybym była kapłanem… Powiedziałabym wszystko, co czuje moja dusza i jakie zrozumienie rzeczy dał mi Pan Bóg. Gdy Pan Jezus będzie Królem i Panem naszego Narodu, wówczas my staniemy się bardzo silnymi, bo wszyscy będą starali się wypełnić wolę Pana Jezusa, nawet innowiercy będą prosić o przyjęcie ich na łono Kościoła Katolickiego. Przyjdą straszne czasy, lecz my musimy wierzyć i ufać Panu Bogu, że On nas nie opuści, a zwłaszcza musimy odmienić życie… To, co czuję w duszy i co mi dał Pan Bóg zrozumieć i poznać, mogę śmiało twierdzić wobec Boga, Kościoła i Rządu naszego. Pan Bóg jest cierpliwy, ale sprawiedliwy… mogę na to przysiąc, ale do wiary nikogo nie zmuszam. Ojcze, albo w prawo, albo w lewo! Albo będziemy ludźmi i katolikami przy Sercu Pana Jezusa, albo zwierzętami i marnie zginiemy!! Trzeba nam się obudzić z letargu orzechowego, bo czas przyszedł już najwyższy…

- A co się, Dziecko, ma teraz stać nadzwyczajnego w dziejach narodów?

- Stanie się, Ojcze, to: jeżeli my zrozumiemy i usłuchamy Pana Jezusa, to Niemcy zginą bezpowrotnie, zaś w Polsce i w innych państwach będzie niepodzielnie Chrystus królował, zapanuje spokój Jezusowy we wszystkich sercach i miłość braterska, ale dużo ludzi zginie wpierw. Polska będzie dominować nad wszystkimi narodami (…).

Prośmy gorąco Pana Jezusa, o zbliżenie się Jego Królestwa, bo się zbliżają czasy, kiedy „nastanie jedna owczarnia i jeden Pasterz” (w pismach Rozalii zwrot ten oznacza czasy ostateczne w sensie ścisłym - MM). Były to słowa do głębi mię przekonujące: „Zobaczysz< Dziecko moje, że to wszystko się stanie, że te państwa się tylko ostoją, które Mię uznają swym Królem. Zniszczenie będzie wielkie wskutek grzechów, które się rozlały jak potop na ziemi. Więc muszą być krwią zmyte, zwłaszcza tam, gdzie były popełniane w sposób najohydniejszy”.

Już więcej przekonująco nie umiem mówić… Każdy człowiek ma wolna wolę, więc dlatego nie można zmuszać do wierzenia, ani też narzucać swego zdania.

(…)

Wojna ta jest straszną karą Bożą za grzechy. One sprowadziły i nadal sprowadzają i czynią przerażające zniszczenie.

„To jeszcze za mało. Czy nie wiesz, jakie były i jeszcze są grzechy?... Zło musi być doszczętnie zniszczone, na takim podłożu nic dobrego nie może wyróść; wszystkie grzechy i zbrodnie muszą być zmyte krwią…”

Najwięcej zawiniły przed Panem Bogiem władze… Ich zły przykład, lecz to mało tak powiedzieć, ich zwierzęce życie sprowadziło na cały kraj i naród tak straszne nieszczęście… Dlaczego nie znalazł się ani jeden taki Piotr Skarga, któryby Prezydentowi naszej Rzeczypospolitej wytknął jego występki i w ogóle całemu Rządowi… zobaczy Ojciec, co się stanie z Warszawą… będzie ona tak zniszczona, że pozostaną prawie same gruzy…

- Skąd o tym, Dziecko, wnioskujesz?

- Dał mi to poznać Pan Jezus, że za grzechy Warszawy będzie ona zburzona, niech Ojciec to pamięta, co ja teraz mówię, bo jestem pewna, że tak się stanie.

Spowiednik dobrze to zapamiętał…

- Dziecko – odezwał się duchowny przewodnik Rozalii – jakże należałoby teraz czynić pokutę, podobnie, jak czyniła ongiś Niniwa… ofiaruj, Dziecko, w duchu pokuty i wynagrodzenia Sercu Jezusa wszystkie twe modlitwy oraz przykrą i upokarzającą pracę w szpitalu. Jednocześnie proś, aby tez Serce Jezusa raczyło i mnie udzielić łaski pokuty i całemu Narodowi naszemu…

(…)

W mej duszy usłyszałam głos wyrzutu: „Czemu się niepokoisz i myślisz po ludzku (bo zastanawiałam się nad słowami „teraz albo nigdy”)? Czy czas u Boga jest czasem ludzkim? Czyż nie przygotowuję serc do tej wzniosłej chwili, jaką ma być Intronizacja? Czy sądzisz, jakoby ma zapowiedź nie miała się spełnić? Nie mogła być Intronizacja bez tego oczyszczenia, a to oczyszczenie ma być całkowite, bo Polska popełniała straszne występki, o których wiele wiesz…”

Zawstydziłam się i przeprosiłam Pana Jezusa za mój brak wiary i ufności…Jestem tak spokojna, co do Intronizacji, że choćby Ojciec zakazał mi o tym mówić więcej, zdaje mi się, że by to nie wytrąciło mię z równowagi ducha (…). Powiedział Pan Jezus przed trzema laty, że będzie wojna, że spowoduje straszne zniszczenie, i to się spełniło… Więc to także się spełni dosłownie, że będzie królował w narodach przez Intronizację. Jezus jest Bogiem, więc spełni wszystko, mimo największego oporu ze strony ludzkiej.”

* * *

Rozalia pracowała jako pielęgniarka aż do ostatnich swych dni. Wyniszczona ofiarami, jakie ze swego życia składała Bogu w tej intencji, zmarła dnia 13 września 1944 roku, będąc głęboko przekonaną, że intronizacja w Polsce musi być przeprowadzona.

Marcin Majewski

 

For English users

English_version

...

  

Zamieść na swojej stronie baner intronizacja.pl


Copyright © 2009-2017 Stowarzyszenie "Róża".
Wszelkie prawa zastrzeżone.