Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Czytaj więcej...
 
Spis treści
Wspomnienia, kondolencje, świadectwa...
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Wszystkie strony
 
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus Król Polski i mój Król,
przepełniona wielkim żalem z powodu śmierci tak znamienitego Kapłana, Rycerza naszego Króla Jezusa Chrystusa, chciałam podziękować pośmiertnie za jego odwagę, wspaniałe serce i otwarcie mi oczu na to, co się wokół nas dzieje.
 
Klika lat temu otrzymałam książkę księdza Tadeusza "Ostatnia walka", przeczytałam ją z zapartym tchem i wielokrotnie wracałam do tej szczególnej lektury w ekstremalnych momentach mojego życia. Chciałam pojechać do Szczyglic i osobiście spotkać się z Księdzem, ale liczne obowiązki rodzinne i zawodowe mi na to nie pozwalały. Chcąc stanąć przy boku ludzi blisko współpracujących ze Stowarzyszeniem Róża i orędowników Intronizacji Pana Jezusa na Króla Polski wzięłam czynny udział w marszu propagującym Intronizację naszego Pana na Króla Polski w Krakowie. Już wtedy zobaczyłam, że coś jest nie tak wśród krakowskiej hierarchii kościelnej, gdyż nie mogliśmy uczestniczyć we Mszy św. w kościele Ojców Bernardynów na rozpoczęcie marszu - decyzją Kurii. Od tamtego dnia zaczęłam uważnie obserwować poczynania hierarchów kościelnych w naszym mieście. Przeczytałam wszystkie broszury wydane przez śp. ks. Tadeusza i po Siedmiodniowym Nabożeństwie w dniu 19-08-2012 podjęłyśmy razem z moją chorą mamusią prywatny Akt Intronizacji Pana Jezusa na Króla Polski i tym samym na naszego Króla.

Księże Tadeuszu, twoja praca i dzieło nie zostaną zaprzepaszczone. Pan Bóg Wszechmogący ma swój misterny plan i oczekuje od nas pełnego zaufania i oddania. Wieczny odpoczynek racz dać Mu Panie, a światłość wiekuista niechaj Mu świeci na wieki wieków. Amen.
Ewa G.-K.

Kiedy  w wieku 26 lat tak naprawdę spotkał Jezusa i doświadczył Jego miłości, wiedział, że chce z całą determinacją służyć  tej Miłości i poświęcić dla Niej całe swoje życie. Pojechał do Krakowa i zapukał do pierwszej z brzegu furty zakonnej. Bóg tak sprawił, że była to brama zakonu jezuitów na Małym Rynku. Został jezuitą i był wiernym synem św. Ignacego aż do swojej śmierci, mimo że opuścił zakon w roku 1999. We wszystkim, co robił - szukał większej chwały Bożej – nigdy siebie.

Był niezmordowany w służeniu ludziom w imię Boga. I zawsze był dla ludzi dostępny. Był człowiekiem bardzo miłym, umiał zjednywać sobie różnych ludzi, miał ogromne poczucie humoru i był bardzo błyskotliwy, zawsze miał wokół siebie  przyjaciół. Bardzo cenił sobie te zwykłe przyjaźnie i był im wierny. Jednak nie to było najważniejsze, bo Ojciec nigdy nie tracił z oczu najważniejszego celu, by tym ludziom, których po prostu lubił, ukazywać prawdziwy sens ich życia; by ich prowadzić do Boga. Był ojcem, szczerze zatroskanym o każde dziecko, które Bóg postawił na jego kapłańskiej drodze. Miał oczy otwarte na nawet najbardziej błahe potrzeby. Był wspaniałomyślny, wielkoduszny, nigdy nie myślał o sobie i swojej wygodzie w takich sytuacjach.  Zawsze gotów podwieźć, pomóc, znaleźć lekarstwo, mieszkanie itp...

Miał  wybitny dar rozeznawania tego, co Boże i dlatego nie dawał się nabrać na najbardziej wyrafinowane sztuczki złego. Chociaż był bardzo dobrym, ciepłym i serdecznym człowiekiem - nie był wersją „dobrego papcia, którym można manipulować”. Chciał dobra dla swoich przyjaciół, traktował ich poważnie i protestował, gdy próbowali wchodzić w kompromis  ze złem. Zawsze nazywał zło po imieniu. Jak ojciec napominał, prosił, wskazywał drogę. Zawsze z miłością. Gdy wracali, był szczęśliwy i zapominał wszystko, co było złe. Gdy odchodzili,  oskarżając go o całe zło świata, tylko jeden Bóg wie, jak bardzo cierpiał i jak go to bolało.

Prowadząc liczne dzieła i angażując się w nie bez reszty, służył zawsze Bogu w człowieku. Był pasterzem, który naśladował swego Pana dbając o najmniejsze szczegóły. Pamiętam sytuację na pielgrzymce szlakiem błogosławionej Kingi, kiedy utrudzeni, umęczeni dotarliśmy do kościoła w Szczawnicy, a tam gdzieś zapodziały się wyznaczone noclegi po domach i kilkaset osób czekało, aż przyjdą ludzie ich zabrać do domu. Trwało to dosyć długo, ale chociaż kapłanów pielgrzymujących z nami proszono z plebanii, żeby już poszli na posiłek, Ojciec Tadeusz nie poszedł, został do końca ze zwykłymi śmiertelnikami, żeby dopilnować, czy wszyscy mają już miejsce. Podobnie było podczas kilku lat naszych nocnych adoracji w Bazylice Serca Jezusa, gdzie każda osoba była otoczona troską i miłością, a kiedy trwał w remont sanitariatów w budynku Ignacjanum i korzystaliśmy z ubikacji w Kolegium, zadbał o to, by czuwać na korytarzu i pilnować ciszy, bo była północ  i zakonnicy spali.

Nigdy nie nazywał swoim, tego co posiadał. Nie dbał o to. Wszelkie środki przeznaczał na kolejne akcje ewangelizacyjne i dzieła -  czy to były kasety magnetofonowe wydawane w stanie wojennym z nagraniami kleryckiego zespołu „Inigo” ( jedne z pierwszych religijnych kaset, jakie ukazywały się w Polsce), czy to był remont starej wozowni w klasztorze SS. Norbertanek na Salwatorze, żeby wspólnoty „Wiary i Światła” miały się gdzie spotykać, czy to była budowa w Szczyglicach czy wreszcie Dzieło na rzecz Intronizacji Jezusa Króla Polski...

Był przez wiele lat duszpasterzem i kapelanem Muminków na samym początku tworzenia się  wspólnot Wiary i Światła w Krakowie. Pan Bóg jeden wie, jak opatrznościowa była jego obecność wśród nas, kim był dla poranionych rodziców dzieci niepełnosprawnych, kim był dla Paszczaków – opiekunów i wreszcie dla samych osób z niepełnosprawnością A jak nie wspomnieć tych wszystkich obozów, wycieczek, wspólnych modlitw,  nocnych rozmów na poważne tematy i te mniej poważne też...  Z pewnością można by napisać grubą księgę na ten temat…

Był człowiekiem bardzo wrażliwym na natchnienia Ducha Świętego. Czasami wydawało się nam, że coś się niepotrzebnie odwleka, a Ojciec czekał właśnie na to natchnienie. Gdy zyskał przekonanie, że jest to słuszne, przystępował do działania i nic nie było w stanie go zatrzymać. Nigdy nie słyszałam z jego ust słów „nie chce mi się” albo „nie dam rady”, jakiegoś pustego narzekania. Wręcz przeciwnie, to on dodawał otuchy i wiary. Nie oglądał się  na to, czy inni (np. współbracia) coś robią. Nigdy nie użalał się nad sobą, zwłaszcza, że przez ostatnie 14 lat miałby ku temu uzasadnione powody.  Szedł do przodu z  taką determinacją, z jaką rozwalał skały w kamieniołomie, gdzie pracował przed wstąpieniem do zakonu. Gdy coś robił, poświęcał się cały, z entuzjazmem, którym potrafił zapalić  innych  do podjęcia Bożych dzieł. Umiał cieszyć się jak dziecko, gdy udało mu się coś zrobić. Nie było dla niego problemu chwycić za łopatę, gdy budowany był Ośrodek w Szczyglicach, a ostatnio angażować się w takie zwykłe codzienne prace domowe i polowe, by wspomóc Siostry w prowadzeniu Domu.

Był autentyczny, naturalny, nie było w nim nic z taniej fasady pobożnościowej. Nie odmieniał w jednym zdaniu imienia Jezus przez wszystkie przypadki, on po prostu NIM żył. Każdy to widział. Był perfekcjonistą, nie zgadzał się na bylejakość – zarówno przy redagowaniu materiałów formacyjnych, redakcyjnych jak i w sprawach życia codziennego. Bardzo go bolała małoduszność  i ludzka głupota, nawet, gdyby się chowała pod najbardziej pobożne szatki. Był bardzo wyrozumiały dla ludzkiej słabości, ale nienawidził kłamstwa i przewrotności - zwłaszcza w sprawach najważniejszych.

Nigdy nie odmawiał, gdy go proszono o kazania, rekolekcje itp… Nigdy nie tłumaczył się, że jest zmęczony, że ma inne plany, że np. rodzina przyjeżdża. Naturalnie był bardzo związany ze swoją rodziną, ale nadał tym więzom inny wymiar. Otaczał ich miłością, dawał duchowe wsparcie - dbał, by jego bliscy odkrywali Boga w swoim życiu i Jemu służyli – jak On. Nie było dla niego problemem  po całonocnej adoracji, jechać na drugi koniec Polski, by głosić przez całą niedzielę kazania i jeszcze potem wracać samochodem późną nocą do domu.

Patrzył na rzeczywistość po Bożemu. Już w drugiej połowie lat osiemdziesiątych widział nadchodzący kryzys wiary, chociaż wszyscy entuzjazmowali się, że mamy Papieża i jest OK, bo jesteśmy wolni od komuny. Wołał do swoich współbraci, ale nie był słyszany i rozumiany. Więc szukał sposobu, jak najowocniej  pracować, apostołować, działać na rzecz zbawienia ludzi. Akurat ukazała się Adhortacja „Christifideles Laici” i w oparciu o ludzi świeckich Ojciec zaczął rozwijać Apostolstwo Modlitwy z właściwym sobie charyzmatem i siłą. Mając wielki potencjał intelektualny, ogromną wiedzę i doświadczenie na temat duchowości opracowywał materiały formacyjne, w których otwierał ludziom oczy na prawidła życia duchowego, zachęcając do angażowania na rzecz głoszenia Ewangelii i ratowania świata przez modlitwę w grupach apostolskich. Był wdzięczny za każdego człowieka, który odpowiadał na jego wołanie. Nie wartościował ludzi w duchu tego świata Każdego uszanował, wysłuchał, pomagał, wspierał… Nie miało dla niego znaczenia czy ma lat 25 czy 85; czy skończył studia czy też całe życie pracował w PGR-ze. Było ważne, że kochał Jezusa i chciał Mu służyć. Przez jedenaście lat -  ile spotkań, rozmów, wspólnych modlitw, adoracji nocnych…

We wszystkim, co robił był wierny i oddany całym sercem… I przygotowywany przez Boga do nowego zadania. Na jego drodze stanęła Rozalia Celakówna i Jej misja. Niesamowite i odpowiedzialne  wezwanie  i… wielkoduszna odpowiedź Ojca  aż do końca. Wielkie Dzieło Intronizacji Jezusa Króla Polski, wielka praca i trud i jeszcze większe cierpienie, trwające 14 lat aż po dzień 22 sierpnia 2012r, gdy złożył swoje życie w dobre dłonie Maryi, Królowej, a Ona zaprowadziła go do tronu Króla.

Dziękuję Ci Panie Jezu, że postawiłeś na mojej drodze życia Ojca Tadeusza. Dziękuję Ci za wszystko, czego mnie nauczył,  dziękuję za to, że był dla mnie ojcem, że ukazał mi Ciebie jako najważniejszy sens mojego życia. Dziękuję za to wszystko, co od niego otrzymałam…
H. Sz.


Dnia 26 sierpnia 2012 w parafii Św. Marcina została odprawiona Msza św. o godzinie 8.30 w intencji zmarłego Ks. Tadeusza Kiersztyna, apostoła Chrystusa Króla Polski, postulatora w procesie beatyfikacyjnym Sługi Bożej Rozalii Celakówny. Pamiętający w modlitwie
Zygmunt, Maria z dziećmi z Jawora

Skromny Geniusz i Prorok. Jego bystry umysł przeniknięty był duchowym poznaniem Boga. Posiadał wszechstronną i szeroką wiedzę, którą potrafił interpretować odczytując przebieg walki duchowej na przestrzeni wieków. Łączył wydarzenia historyczne z objawieniami dawanymi Kościołowi. Odkrywał duchową stronę otaczającej nas rzeczywistości, lecz także przyprowadzał swoje duchowe dzieci do niezwykłej zażyłości z Jezusem. Jego modlitwie towarzyszył Duch Święty, udzielając darów i charyzmatów. Kiedy w trakcie modlitwy prosił Maryję, by modliła się z nami, Duch Święty był udzielany jeszcze obficiej.

Wielka postać Kościoła. Na nas spoczywa obowiązek zachowania i przekazywania tego, czego nas nauczył o Intronizacji i królewskiej godności Jezusa.

Prywatnie był niesłychanie serdecznym Człowiekiem. I skromnym, jednak bez fałszywej skromności. Zdawał sobie sprawę z ciążącej na nim odpowiedzialności za Dzieło Intronizacji. Niech Jego postawę zobrazuje zdarzenie z dnia, kiedy widziałem go po raz ostatni. Przenosiliśmy stary komputer w domu w Szczyglicach. Chociaż był ponad 30 lat starszy ode mnie, zaproponował, że to on weźmie ciężki, stary monitor. Taki właśnie był Ojciec Tadeusz. Chętnie brał na siebie największe ciężary, a u innych doceniał nawet najmniejsze przejawy miłości do Jezusa.
Łukasz E.

Witam serdecznie - Szczęść Boże!
Właśnie przed chwilą przeczytałam smutną wiadomość o śmierci Księdza Tadeusza Kiersztyna, który uległ ciężkiemu wypadkowi i po kilku godzinach walki o życie odszedł do Domu Ojca. Dlatego na wstępie pozwolę sobie przekazać wszystkim osobom współpracującym z Ks. Tadeuszem wyrazy solidarności i łączności w smutku, który powinien zakończyć się radością, gdyż ten wspaniały i do końca wierny Bogu i swoim ślubom Kapłan, odszedł DO DOMU OJCA i cieszy się teraz obecnością Najwyższego. A Dzieło Intronizacji Jezusa Króla Polski zyskało najlepszego, obok samej S.B. Rozalii Celakówny, orędownika w niebie. Łączę się z Wami kochani w modlitwie za duszę Ś.P. Ks. Tadeusza i kto wie, czy kiedyś nie będziemy modlić się DO Księdza Tadeusza...

Jeszcze raz posyłam wyrazy współczucia, ale jak mówiłam, także i radości. Ufam też, że Pan nie pozostawi Stowarzyszenia "Róża" samymi i da godnego duchowego opiekuna. Pozdrawiam serdecznie
Bogusława T.

Ojcze Tadeuszu!
Choć Pan powołał Cię do siebie, to w moim sercu jesteś wciąż żywy. Myślę, że teraz duchem i duszą mogę być w każdej chwili blisko Ciebie. Jestem o tym przekonana, że Twój trud i walka Pierwszego Rycerza nie pójdzie na marne. Nasza Ojczyzna już się budzi, otwierają się serca pasterzom i owcom, wiernym Bogu Jezusowi Królowi Polski i Naszej Matce Maryi Królowej Polski. To Ty, Ojcze, z miłością prowadziłeś nas i wskazywałeś drogę wiary i nadziei. Ojcze, wiem, że orędujesz i będziesz wstawiał się za nami w Chwale Nieba u Tronu Jezusa Króla i będziesz bardziej skuteczny niż tu pośród nas. Śpij w pokoju Ojcze.
Aurelia

 

 

 

 



 

For English users

English_version

...

  

Zamieść na swojej stronie baner intronizacja.pl


Copyright © 2009-2017 Stowarzyszenie "Róża".
Wszelkie prawa zastrzeżone.